26.01.2012, 18:41
retro13 napisał(a):a jak to było w Londynie onego czasu...?Nie moge znalezc tego opisu nigdzie, wiec po krotce bylo to tak:
w roku 1998 pracowalem latem W Anglii w ramach praktyk studenckich. Moja praca byla glownie za kierownica i sluchalem wtedy duzo radia. Ktoregos razu w potoku slow wychwycilem tylko "..this weekend... London... The Notting Hillbillies...". Wystarczylo to bym pojechal w najblizszy weekend do Londynu szukac gdzie co i jak. W gazecie (Time Out) wyczytalem, ze faktycznie The Notting Hillbillies graja dzisiaj w miejcu ktore tajemniczo nazwane bylo The Ronnie Scotts. Zadnego adresu, zadnych dodatkowych informacji. Nie mialem wtedy pojecia, ze to znany klub jazzowy i kompletnie nie wiedzialem gdzie szukac. Zaczalem pytac ludzi na ulicy i za ktoryms razem trafilem na kogos kto mnie oswiecil. Powiedzial, ze to gdzies w Soho. No to juz wiedzialem gdzie skoncentrowac poszukiwania. Pytalem w pubach i w koncu sie dowiedzialem ze to przy ulicy Frith - odnogi od Shaftesbury Avenue - czyli w samym srodku Wild West Endu. Jakaz byla moja raodsc kiedy znalazlem sie przed witryna klubu i tam, wszem i wobec gloszono ze dzis koncert The Notting Hillbillies. Wszedlem do srodka i poprosilem o bilecik. Pan w recepcji tyllko parsknal smiechem i powiedzial ze bileciki rozeszly sie jakies 10 miesiecy temu. Widzac moje zalamanie stwierdzil, ze bedzie dodatkowa pula biletow (stojacych) dostepna tuz przed koncertem i mam przyjsc wtedy. Ucieszony poszedlem na podboj West Endu i pojawilem sie z powrotem na Frith Street mniej wiecej godzine przed koncertem. I zalamalem sie po raz drugi tego dnia, bo zobaczylem najwieksza kolejke w swoim zyciu (a przeciez pamietam jeszcze czasy kolejek w PRL). Rad nie rad stanalem na koncu i modlilem sie by dla mnie starczylo miejsca. Starczylo. Klub robil duze wrazenie. Piekne wnetrze, kameralna atmosfera, scena na wyciagniecie reki, kilkanascie stolikow (wszystkie zajete oczywiscie), z boku bar, no i tlum ludzi pomiedzy tym wszystkim. Koncert poplynal. Najpierw byl zespol jazzowy O'Higgins Band (czy cos takiego), a pozniej Hillbillies. To bylo jak sen. Mark siedzial na stolku i swietnie sie bawil, sypal zartami, pil piwo, gral i spiewal. Po dwoch i pol - trzech godzinach, zeszli ze sceny i ponownie wszedl na nia O'Higgins. Jako ze zrobila sie 2 w nocy a ja nie mialem gdzie sie podziac do rana, stwiedzilem, ze posiedze jeszcze w klubie z godzine. Okolo 3.30 nad ranem zaczelo robic sie pusto i uznalem, ze trzeba sie ruszyc. Wyszedlem na ulice i pierwsze co zobaczylem to piekny czarny jaguar zaparkowany tuz przy wejsciu. Przy nim oparty stal elegancki pan kierowca. Z glupia frant zapytalem czy czeka na kogos o kim mysle (durne pytanie, wiem). Odpowiedzial z usmiechem, ze nie wie o kim mysle, ale tak, czeka na niego. No to ja na to, ze jesli nie ma nic przeciwko to ja tez poczekam. On na to, ze spoko. No i po 5 minutach, z klubu wylonil sie Mark Knopfler, przywital sie z kierowca, potem ze mna, po czym wsiadl do Jaguara, pomachal mi jeszcze i pojechali. Zostalem na tej ulicy za bardzo nie wiedzac jeszcze co sie stalo i dopiero po chwili zdalem sobie sprawe, ze przed chwila uscisnalem prawice Knopflera. Wszystko dzialo sie tak szybko, ze nie zdazylem nic powiedziec, ani zareagowac inaczej. Reszte nocy chodzilem po wciaz gwarnym West Endzie i zastanawialem sie czy to mimo wszystko nie sen.

Rok pozniej odwiedzilem ponownie klub Ronniego Scotta na dwa koncerty TNH. Tym razem bylem w doborowym towarzystwie mojego przyjaciela anroma i jego malzonki. To jednak temat na inna okazje.
...Well He's a big star now but I've been a fan of his for years,
the way he sings and plays guitar still brings me to tears...
the way he sings and plays guitar still brings me to tears...

